Powrót
Jako Much wrócił już po nieobecności na blogu, tako i ja wracam, spóźniony jeno nieco.
Nie żeby się usprawiedliwiać, ale ku wyjaśnieniu. Niektórzy znający mnie znają, iż podróże w sercu mym są. I otóż absencja moja spowodowana była długostrasznietrwałą podróżą. Doprawdy, dech zapierająca ale i włosy stawiająca i krew mrożąca – wyprawa owa była! Ona niemalże ponad ludzkie siły okazała się, ledwie ku powrotowi sił mi stało. Ale pamięć o was, przyjaciołach naszych, sił mi przydała! A gdzieżem był i cóżem uźrzał? A o tym wiela do popowiadania wam mam. Będę umieszczał relacje me, na bieżąca je z dziennika przepisując…
Dzień I
Kręta. Kręta i śliska, cała prawie mrokiem przetykana. Droga, wiodąca mnie w nieznane, mogłaby wielu dzielnych woja przerazić. Ale tam, jak starzy bardowie mówią – “no risk no fun”. Hyżo więc popylałem ową ścieżyną tajemną ku DoCelowi – miejscu owianemu legendami i wiatrami wyjącymi. DoCelu nie było krainą odwiedzaną często, mało komu wizy wyrabiali. Zresztą opowieści o Potworniakach, Guardianach, Bossie, lawinach z niebios spadających, Wielczakach i innych – generują białą ze strachu cerę i włosy oraz zawilgotnienie spodni .
Po wielu dniach namawiających mnie do zawrócenia, dotarłem wreszcie do celu – DoCelu stanęło przede mną otworem!!!
Maciekk Podróżnik



