DoCelu
Zimnawo, wiatery wyjące i dziwne wyziewy – brrr, kraina DoCelu nie jest na pierwszy rzut oka przyjemna. He, rzec trza raczej – jest szokująca!! Wytężam ja umysła i mięśnie spinam, co by przed uciec przed Pluskwiakami, pędzącymi ogromniastemi stadami, jak fale oceanu zagarniające plaże i niszczące wszystko na swej drodze!
Wszędzie jakieś dziwnodziwne Grzybiaki (gatunek Pleśniacus Obrzydlywicus), gapiące się na mnie co chwila, wielkimi wilgotnemi oczemi. One umiją Cię postrzelić kłójką, co sił odbiera i umysł zaciemnia, coby Cię zjeść – chyżo więc biec trza dalej.
Jak już ode tych siem odgonił, to tu nagle Ptaszaki na mnie pikują z nieba, dziobią, piszczą, poźreć chcą! Wystrzelałem więc cały zapas kamieni wybuchowych w nie, zraniłem byłem kilkoro z nich… i spyliłem. Hmm, to se nowe kamienie spreparuję, w końcu studia metachemi się przydadzą po cóś
Ojże w końcu ta kraina! Już dalej nawet nie wspomnę o innych dziwach srogich, kwiatach powalających smrodem, polach ogremnych zielonych mchów trujących, rzek spienionych trujących gdzie ryb nie znajdziesz. Głazy wielkie, co tylko czychają co by się nagle toczyć zaczą i przechodnia rzadkiego rozplackować na naleśnika na ciepło… Ale odwagi nie brak, więc dalej idę, dziś wreszcie jakieś krzewy z jadalnemi owocemi znalazłem. Śłońca już zachodzą, noc się zbliża. He he, noc. Noc też jest tu inna niż gdziekolwiek jest. Tu w nocy dziwne świateła po niebie mkną, grzmoty straszne niebiosa rozdzierają (a burz nie ma)… A najgorsze że w oddali słychać wraz z wiatrem i grzmotami, srogie, straszne, głosy jakie, jakoby ludzkie… Czyż to owe legendą owiane… Wielczaki?
Brrr, byle do świtania dotrwać, oczy zmrużyć…



