Podróżę

DoCelu

DoCeluDnia 4.

Zimnawo, wiatery wyjące i dziwne wyziewy – brrr, kraina DoCelu nie jest na pierwszy rzut oka przyjemna. He, rzec trza raczej – jest szokująca!! Wytężam ja umysła i mięśnie spinam, co by przed uciec przed Pluskwiakami, pędzącymi ogromniastemi stadami, jak fale oceanu  zagarniające plaże i niszczące wszystko na swej drodze!

Wszędzie jakieś dziwnodziwne Grzybiaki (gatunek Pleśniacus Obrzydlywicus), gapiące się na mnie co chwila, wielkimi wilgotnemi oczemi. One umiją Cię postrzelić kłójką, co sił odbiera i umysł zaciemnia, coby Cię zjeść – chyżo więc biec trza dalej.

Jak już ode tych siem odgonił, to tu nagle Ptaszaki na mnie pikują z nieba, dziobią, piszczą, poźreć chcą! Wystrzelałem więc cały zapas kamieni wybuchowych w nie, zraniłem byłem kilkoro z nich… i spyliłem. Hmm, to se nowe kamienie spreparuję, w końcu studia metachemi się przydadzą po cóś :)

Ojże w końcu ta kraina! Już dalej nawet nie wspomnę o innych dziwach srogich,  kwiatach powalających smrodem, polach ogremnych zielonych mchów trujących, rzek spienionych trujących gdzie ryb nie znajdziesz. Głazy wielkie, co tylko czychają co by się nagle toczyć zaczą i przechodnia rzadkiego rozplackować na naleśnika na ciepło… Ale odwagi nie brak, więc dalej idę, dziś wreszcie jakieś krzewy z jadalnemi owocemi znalazłem. Śłońca już zachodzą, noc się zbliża. He he, noc. Noc też jest tu inna niż gdziekolwiek jest. Tu w nocy dziwne świateła po niebie mkną, grzmoty straszne niebiosa rozdzierają (a burz nie ma)… A najgorsze że w oddali słychać wraz z wiatrem i grzmotami, srogie, straszne, głosy jakie, jakoby ludzkie… Czyż to owe legendą owiane… Wielczaki?

Brrr, byle do świtania dotrwać, oczy zmrużyć…

Powrót

Podróż niezwykławaDrodzy Nasi Czytelnicy!!

Jako Much wrócił już po nieobecności na blogu, tako i ja wracam, spóźniony jeno nieco.

Nie żeby się usprawiedliwiać, ale ku wyjaśnieniu. Niektórzy znający mnie znają, iż podróże w sercu mym są. I otóż absencja moja spowodowana była długostrasznietrwałą podróżą. Doprawdy, dech zapierająca ale i włosy stawiająca i krew mrożąca – wyprawa owa była! Ona niemalże ponad ludzkie siły okazała się, ledwie ku powrotowi sił mi stało. Ale pamięć o was, przyjaciołach naszych, sił mi przydała! A gdzieżem był i cóżem uźrzał? A o tym wiela do popowiadania wam mam. Będę umieszczał relacje me, na bieżąca je z dziennika przepisując…

Dzień I

Kręta. Kręta i śliska, cała prawie mrokiem przetykana. Droga, wiodąca mnie w nieznane, mogłaby wielu dzielnych woja przerazić. Ale tam, jak starzy bardowie mówią – “no risk no fun”. Hyżo więc popylałem ową ścieżyną tajemną ku DoCelowi – miejscu owianemu legendami i wiatrami wyjącymi. DoCelu nie było krainą odwiedzaną często, mało komu wizy wyrabiali. Zresztą opowieści o Potworniakach, Guardianach, Bossie, lawinach z niebios spadających, Wielczakach i innych – generują białą ze strachu cerę i włosy oraz zawilgotnienie spodni .

Po wielu dniach namawiających mnie do zawrócenia, dotarłem wreszcie do celu – DoCelu stanęło przede mną otworem!!!

Maciekk Podróżnik